Szukaj


Ostatnia salwa drewnianej artylerii, czyli o bitwie pod Komańczą

Ostatnia salwa "drewnianej artylerii",

czyli o bitwie pod Komańczą w świetle epoki "Wiosny ludów" 1848-1849,

w 150 rocznicę wydarzeń

Wiosną bieżącego roku mija 150 lat od czasu, kiedy to tzw. "Wiosna Ludów 1848 roku" wstrząsnęła tronami Europy. Objęła także Galicję, która przecież jeszcze nie tak dawno, bo w 1846 roku przeżywała próbę powstańczego zrywu, stłumionego przez chłopów, sprytnie zaintrygowanych przez zaborcze władze Austrii, a powszechnie nazywanego "rabacją galicyjską". W austriackim zaborze świeża była jeszcze pamięć rzezi w Krakowskiem, Tamowskiem czy Jasielskiem.

Mimo, że od 1831 roku utrzymywano bez przerwy łączność Emigracji z Krajem, mimo że do Kraju napływali emisariusze, głoszący coraz to nowe plany walki zbrojnej i organizacji państwowości polskiej, to jednak z upływem czasu narastała na emigracji nieznajomość stosunków i sytuacji krajowej, pogłębiał się brak odpowiednich i trafnych poglądów dla spraw i ludzi w Ojczyźnie.

Niektóre ugrupowania, działające w Kraju, zaczęły czynić przygotowania do nowego powstania. W tym celu nawiązały kontakty z patriotami we Włoszech i na Węgrzech, zabiegały o pomoc Turcji i Francji. Powstały grupy spiskowców w armii austriackiej; jako pierwsi rozpoczęli pracę konspiracyjną oficerowie pułku dragonów z Przemyśla. Grupa ta liczyła kilkudziesięciu oficerów, strzelców i ułanów. Przywódcą tej grupy został Karol Dmytrasonowicz. W miejsce improwizacji działań i nierealnych planów, z których znany był np. L Mierosławski, zaczęła się żmudna, trwająca kilka lat praca, na której wyniki nie trzeba było długo czekać.

Pierwszy wystąpił Kraków, gdzie pod zaborem austriackim gwałtownie pogorszyła się sytuacja ekonomiczna ludności. Dnia 15 marca doszło do publicznych manifestacji, pod naciskiem których, austriacki komisarz wypuścił więźniów politycznych. Wkrótce potem - 18 marca - lwowscy działacze liberalni, między innymi Franciszek Smolka i Florian Ziemiałkowski, w porozumieniu z miejscową organizacją spiskową, przygotowali adres do cesarza. Zawierał on żądania zapewnienia wszystkim równości wobec prawa, swobody słowa, zwołania sejmu, zniesienia powinności poddańczych, w tym pańszczyzny, wreszcie w sprawach narodowych - zwolnienia więźniów politycznych, spolszczenia szkół i urzędów oraz autonomii dla Galicji. Adres masowo poparła ludność Lwowa - 19 marca 1848 roku na ulice Lwowa wyległy tysięczne tłumy, inspirowane przez spiskowców. Trzeba przyznać, że była to dobra pora na postawienie tych żądań, ponieważ Austriacy za wszelką cenę dążyli do utrzymania spokoju w Galicji. Za sprawę pilniejsza uważali rozprawienie się z wystąpieniami w Wiedniu oraz rewolucjami w Czechach, na Węgrzech i we Włoszech. Gubernator Galicji Franz von Stadion, jako wierny wykonawca poleceń Wiednia, grał na zwłokę. Poszedł na ustępstwa - 20 marca zwolnił więźniów politycznych, zniósł cenzurę prasy, zezwolił nawet na utworzenie uzbrojonych oddziałów polskich, zgodził się na powołanie, złożonego z Polaków, komitetu doradczego pod nazwą Rada Narodowa. Wszystkie te deklaracje znalazły aprobatę Wiednia. Aby wystąpienia nie znalazły poparcia mas chłopskich, gubernator von Stadion zażądał od Wiednia prędkiego ogłoszenia patentu o uwłaszczeniu, a gdy nie doczekał się decyzji, sam 22 kwietnia ogłosił zniesienie pańszczyzny, zachowując przy tym serwituty. Uprzedził w ten sposób o jeden dzień datę zaproponowaną przez władze polskie - Komitet Narodowy w Krakowie i Radę Narodową we Lwowie.

Przywódcy konspiracji nie byli zgodni, co do dalszego działania: jedni byli za szybką akcją zbrojną, inni - bardziej ugodowi - za pertraktacjami z Austrią. Na przykład we Lwowie powstały dwa główne rodzaje sił zbrojnych - postępowa Legia Akademicka, składająca się z sześciu kompanii po 200 żołnierzy pod dowództwem Anryna Nikorowicza i Gwardia Narodowa (ok. 2000 żołnierzy), prawie w całości złożona ze szlachty i bogatego mieszczaństwa. Dowodził nią gen. Józef Załuski. Na naczelnego dowódcę wybrano gen. Wybranowskiego. Ale trzeba przyznać, że niewiele zrobiono dla wzmocnienia powstałych sił zbrojnych. Drogocenny czas trwoniono na przetargach: kto i w jaki sposób ma rządzić.

Tymczasem, władze austriackie po zapewnieniu sobie poparcia chłopskiego, wszczęły kroki zmierzające do likwidacji polskich komitetów oraz organizowanych przez nie Gwardii Narodowej. Do krótkich walk na tym tle doszło 26 kwietnia w Krakowie. Wywołały je zakazy wpuszczania do Galicji emigrantów oraz wyrobu broni. Gdy lud zaczął demonstrować swe niezadowolenie, do śródmieścia wkroczyły oddziały wojskowe gen. Castiglione, próbując rozbrajać mieszczan. W odpowiedzi postawiono barykady. Wtedy Austriacy wycofali się na Wawel, skąd poczęli ostrzeliwać miasto z dział. W wyniku mocnego bombardowania bierny dotychczas Komitet Narodowy zgodził się na kapitulację. Rozwiązane zostały Komitet i Gwardia, a emigranci musieli opuścić miasto. Upadły też inne, mniejsze ośrodki nowopowstałej władzy polskiej z Galicji Zachodniej.

Jednak wybory do parlamentu wiedeńskiego, jakie odbyły się w czerwcu, przyniosły wyraźny sukces obozowi Rady Narodowej, działającej we Lwowie. Był to w znacznym stopniu wynik wstrzymania się znacznej części chłopów od udziału w wyborach, do których nie mieli zaufania. Po wyborach rząd austriacki musiał pójść na dalsze ustępstwa wobec Polaków. Gubernatorem Galicji cesarz mianował Polaka - Wacława Zaleskiego. Miasta odzyskały samorząd. Zaczęła się głębsza polonizacja szkolnictwa, łącznie z uniwersytetami. Już po wcześniejszym zniesieniu cenzury pojawiły się polskie czasopisma, drukowano książki dotychczas zakazane. Mnożyły się wiece i obchody patriotyczne, powstały rozmaite stowarzyszenia polskie. Działacze TDP z Heltmanem na czele stworzyli we Lwowie silny ośrodek demokratyczny.

Sporo nadziei wiązano z Gwardią Narodową, jako przyszłym zalążkiem armii polskiej. Władze austriackie były szczególnie zaniepokojone stałym wzrostem liczebności Gwardii - osiągnęła ona bowiem stan 20 000 ludzi w całej Galicji i dysponowała niezłym uzbrojeniem.

W lipcu do Lwowa przybył gen. Józef Dwernicki, a w kilka dni później gen. Józef Bem. Niestety, teraz, gdy powstała szansa podjęcia walki zbrojnej w Polsce, ofiarowanego dowództwa nie przyjął ani gen. Bem, który niedługo potem wyjechał do Austrii, ani też Dwernicki, który wprawdzie pozostał we Lwowie, ale nie kwapił się do objęcia władzy. W dalszym ciągu działały więc cztery ośrodki dyspozycyjne: Rada Narodowa, Legion Akademicki, Gwardia Narodowa i Venta, najbardziej radykalne ugrupowanie ze Smolką i Hefternem na czele.

Kiedy rozprawiono się z powstaniem robotniczym w Wiedniu i rewolucją w Czechach, głównodowodzący wojskiem austriackim we Lwowie - gen. Hammerstein otrzymał z Wiednia rozkaz likwidacji Gwardii przy pierwszej sposobności. Stało się jasne, że reformy społeczne mają charakter chwilowy i bliski jest czas rozprawy z siłami postępowymi. Do Lwowa pośpiesznie ściągano posiłki wojskowe: między innymi z Wiednia 4 pułk złożony z samych Niemców, tzw. Deutschmeistrów. Stan wojsk austriackich na dzień 15 października wynosił 15000 żołnierzy, w tym jedna brygada kawalerii, dwa pułki artylerii i dywizjon "rakiet".

Hammerstein, zdolny i bezwzględny w działaniu dowódca, uciekł się do prowokacji. 1 listopada Austriacy byli gotowi do wystąpienia i czekali na sprzyjające okoliczności. Chwila taka nadeszła już wieczorem - 2 listopada. Austriaccy żołnierze zatrzymali w koszarach Polaka, żołnierza Gwardii, którego następnie usiłowali odbić jego koledzy. Doszło do bójki żołnierzy austriackich z gwardzistami. Do akcji włączały się coraz to nowe oddziały. Gwardia Narodowa zarządziła alarm we Lwowie, wojska austriackie otoczyły śródmieście. Gwardziści i ludność cywilna odpowiedzieli na to postawieniem barykad. Mimo ugodowego stanowiska Polaków, Hammerstein wydał rozkaz obstrzału miasta. Polacy mogli mu przeciwstawić nie więcej niż 4000 piechoty, około jednego pułku kawalerii i sześć dział. Byty to jednak siły rozlokowane w polskich garnizonach w okolicznych miasteczkach i łatwo mogły zostać zablokowane, co też się stało. Około godziny 23-ciej artyleria austriacka ostrzelała ulicę Sykstuską. Wśród przywódców polskich panowało niezdecydowanie, część żądała walki, większość jednak opowiedziała się za rokowaniami. Znaczne zniszczenia wskutek pożarów i wysokie ofiary w ludziach (około 100 zabitych) sprawiły, że 3 listopada około godziny 9-tej gen. Wybranowski zawiera porozumienie, na mocy którego wojska polskie i austriackie miary wycofać się na pozycje wyjściowe, a barykady być usunięte. Wykorzystali to Austriacy i ruszyli do ataku W ciągu trzech dni siły polskie zostały zmuszone do kapitulacji. Po zwycięstwie militarnym nastąpiły akcje represyjne w Galicji. Rozwiązano polskie organizacje i Gwardię Narodową, zawieszono wydawanie czasopism, wydalono emigrantów, ogłoszono stan wojenny.

Wobec takiego stanu rzeczy wielu biorących udział w walce polskich żołnierzy udało się na Węgry, by zasilić oddziały gen. Bema i Wysockiego. Inni uszli w góry, tworząc oddziały partyzanckie, jak ten pod dowództwem płk. Józefa Kwileckiego działający w Sanockiem, który wespół z innymi tego typu grupami skutecznie zamykały przełęcze prowadzące na Węgry, uniemożliwiając dowóz zaopatrzenia i dotarcie posiłków do armii austriackich walczących na Węgrzech. Do częstych walk dochodzi na przełęczach Łupkowskiej, Radoszyckiej i Dukielskiej, a takie w Komańczy, Zagórzu, Rogach, Lubatowej, Barwinku, gdzie operuje oddział dowodzony przez wachmistrza Józefa Wątołę.

Oddziały te miały całkowite poparcie ludności. Wobec takiego obrotu wydarzeń, władze austriackie powołały spośród chłopów ruskich tzw. Landsturm (pospolite ruszenie), formalnie dla dozorowania granicy, w rzeczywistości zaś jako groźbę mającą sparaliżować po dworach ewentualne myśli o powstaniu. W ten sposób różnice etniczne zostały sprytnie wykorzystane przez Austriaków, podobnie jak kilka miesięcy wcześniej religijne, kiedy to w celu osłabienia ruchu polskiego odwołano się do uległego wobec Habsburgów wyższego kleru grekokatolickiego, aby zwrócił się do cesarza w imieniu ludności ruskiej o ochronę przed uciskiem polskim.

Jednakże partyzanci byli dobrze zorganizowani, posiadali wzorowo funkcjonującą łączność w postaci sygnałów dymnych odpalonych po wzgórzach ognisk, odgłosów pasterskich trombit, czy sieci kurierów - co pozwalało na natychmiastową koncentrację sił na okres bitwy i szybkie rozproszenie po kwaterach. Braki w artylerii uzupełniano w sposób nigdzie do tej pory nie praktykowany. Wybierano odpowiedniej grubości kloce drewna bukowego, w których wiercono otwory i (prawdopodobnie) wzmacniano obręczami. Nabijano je prochem i różnego obręczami rodzaju siekańcami, żelastwem, potłuczonym szkłem. Po odpaleniu lontu armaty takie siały prawdziwe spustoszenie na bliskich odległościach. Również efekt akustyczny i wizualny oddawanych salw wzbudzał których strach i trwogę. Jedynym mankamentem drewnianych armatek było ich jednorazowe użycie.

W maju 1849 roku, wobec braku postępów w zdławieniu powstania węgierskiego, Austriacy skierowali ze Lwowa 3 pułki piechoty i dwie baterie artylerii. Początkowo marsz przebiegał spokojnie. Austriaków dziwił trochę zbyt ożywiony na drodze ich przemarszu ruch "kupców" i zapalające się ogniska na wierzchołkach gór. Nie podejrzewali, że jest to sprawnie działający "telegraf" partyzancki. Kiedy główne siły z Deutschmeistrami na czele, znanymi ze Lwowa, dochodziły do Dynowa, płk. J. Kwilecki zarządził w Komańczy, leżącej w górach na południe od Sanoka, koncentrację swoich sił partyzanckich. Zgromadzono 1200 żołnierzy uzbrojonych w karabiny, szable i 40 drewnianych armatek. Odwód tego oddziału wspierało ok. 900 zwerbowanych chłopów, uzbrojonych w kosy, piki, siekiery i strzelby myśliwskie. Po krótkim przeglądzie partyzanci zapadli w lasy, zajmując stanowiska w miejscu zasadzki przy drodze z Zagórza do Komańczy. Na miejsce zasadzek doskonale nadawały się, zarówno 14-tokilometrowy odcinek z Rzepedzi do Smolnika, prowadzący dalej ku Przełęczy Łupkowskiej, a także 8-miokilometrowy odcinek z Rzepedzi do Radoszyc, gdzie na przełęcz nad tą wsią prowadził znany szlak handlowy. Na obu wspomnianych odcinkach droga wiodła przeważnie dolinami rzek, a po obu stronach wznosiły się zalesione zbocza. Ponieważ nie wiedziano, którą przełęczą będzie przechodzić kolumna wojsk austriackich, partyzanci uciekając się do fortelu postanowili sami skierować ją w kocioł przygotowanej zasadzki pod Komańczą.

Patrole austriackie i czujki rozpoznawcze stwierdziły, że od Zagórza po Komańczę i Łupków panuje spokój. Za oddziałami rozpoznawczymi jak różnobarwna wstęga szły główne oddziały wojsk austriackich. Kiedy czuwające nad bezpieczeństwem patrole musiały wjechać w las, wpadły w ręce i chłopów, którzy szybko i cicho rozprawili się z nimi, przebierając się w zdobyczne mundury. Dalej, już przebrani w austriackie mundury, partyzanci przekazywali sygnał bezpiecznej drogi, kierując czołowe kolumny w wąwóz ciągnący się aż po Komańczę, gdzie zamaskowane oddziały płk. Kwileckiego oczekiwały na ich pojawienie się.

Kiedy Austriacy podeszli bardzo blisko, padł rozkaz i potworny grzmot targnął lasem i echem odbił się od wzgórz. To oddała swoją salwę "drewniana bateria", strzelając w twarze Austriaków, idących w szyku. Z boków kolumny i na jej tyłach odezwały się karabiny partyzantów. Tu zadziałał efekt zaskoczenia. Austriacy nie wytrzymali uderzenia. Podejmowali próbę stawienia jakiegoś oporu, udało im się nawet zranić 15 powstańców, ale gdy jeszcze trzykrotnie przemówiły armaty, rzucili się do ucieczki wycofując się w nieładzie. W ręce partyzantów wpadło kilkanaście wozów taborowych i 500 karabinów z amunicją.

Barwny opis działań partyzanckich w Bieszczadach tamtego okresu oraz bitwy pod Komańczą zawarł w swoim "Pamiętniku" uczestnik owych wydarzeń - Seweryn Łusakowski, który po latach zanotował:

(...) Ja zostałem w Sanockiem i zaciągnąłem się do partyzantki karpackiej jako szeregowiec, a działaniem naszym było w Karpatach przeszkadzać Austriakom przechodzić do Węgier, wieźć prowiant i amunicję. Po wszystkich drogach staliśmy i leżeli oddziałami, przyłączyło się do nas wielu górali, chłopów i wielu szlachty górskich, tak zwanych Sanoczan. Każdy oddział miał swój przesmyk; w razie tylko wielkiego przechodu jedną droga Austriaków, o czym nam dawano naprzód znać, zbieraliśmy się wszyscy i niespodziewanie ze skał biliśmy i tłukli Austriaków, aż miło patrzeć było.

Choć te marsze po górach byty ciężką pracą w śniegu, ale że zawsze my szkodzili nieprzyjacielowi, a nieprzyjaciel nam nic c zrobić nie mógł, nie wiedział naszych sił i nie mógł wstępnym bojem na nas pójść pomiędzy skały, zza których rzęsisty im się z ogień dostawał, a trafny, bo każdy, tak góral i jako i szlachcic, celnie strzelał i miał czas celić, bo zza skały dobrze mierzyć bez pudła. A gdy jeszcze przysłał generał Bem, który był w Siedmiogrodzie naczelnym wodzem, Polak, gdy przysłał do nas instruktora Jana Baranowskiego, który nauczył nas wiercić z drzewa bukowego harmatki, gdyśmy tych harmatek nawiercili i na plecach powynosili na niedostępne skały, otóż wtedy i z tej drewnianej i ręcznej broni, którą nam znowu Niemcy przekupnie i Belgijczycy dostarczyli, oj! trzepaliśmy Niemiaszków, trzepali! aż pludry gubili, a uciekali nie wiedząc, skąd na nich taki huragan śmierci i kalectwa padał. Myśleli, że cała armia węgierska z artylerią w góry się przeniosła.

Jednego razu na głównym trakcie z Dynowa do Koszyc prowadzili Niemcy kilka pułków piechoty; pomiędzy tymi pułkami na przodzie był pułk piechoty z samych Niemców złożony. Nazywał się ten pułk Deutschemeister. Gdy nam o tym dano znać - a mieliśmy wtedy czterdzieści drewnianych harmatek gotowych i było nas dwanaście setek dobrze uzbrojonych, w odwodzie kilkuset górali z pałkami kutymi i pikami własnego pomysłu góralskiego: dwa groty tak jak widły na długim drzewcu mocno osadzone - ukryliśmy nabite harmatki kartaczami i na trakt wymierzone, którędy Niemcy musieli iść. Tak całe nasze wojsko jak i harmatki były ukryte za skałami i tak czekaliśmy parę dni, nie jedząc i nie śpiąc, aby zdrowo i cało Niemców nie przepuścić.

Gdy trzeciego dnia Niemcy się pokazali, przywitaliśmy ich najsamprzód z dziesięciu naszych drewnianych harmatek kartaczami, padło kilkanaście Niemiaszków. Zatrzymali się tu, przybiegli dowódcy, rozpatrywali, nic nie zobaczywszy krzykną: - Broń do ataku! Marsz naprzód! - Wtedy z drugich dziesięciu harmatek im napluli w oczy, a potem z trzecich dziesięciu. Wtedy nasz komendant, pan Kwilecki, zakomenderował: - Pierwsza sotnia, cel, pal! - a paliły celnie. - Druga sotnia, pal! Pierwsza nabijaj broń! - Niemcy nie widząc nas i tego kropidła, co ich kropi, marsz na odwrót; w całym nieładzie porzucili dużo broni i bagażów. My bokiem poza skały kropiliśmy idąc za nimi. Otwartej bitwy im dać nie mogliśmy, bo nas było dwanaście sotni, a ich cztery pułki po trzy tysiące pułk i dwie baterie artylerii, choć artyleria nie mogła się rozwinąć pomiędzy skały, ale na drodze szerokiej, szosie, mogła zasłonić piechotę i nas pobić. My tymczasem nie stracili ani jednego partyzanta. Deuczmajsterków, którzy najwięcej we Lwowie dokazywali, kilka dziesiątków sprzątnęliśmy i Niemiaszków zmusili, że się wrócili.

Robili na nas obławę, ale będąc uprzedzeni, daleko od nich, w górach i na skałach, siedzieliśmy. Niemcy, jak zobaczyli naszą porzuconą, bo już do niczego niezdatną artylerię, bo z takiej drewnianej harmatki nie można było, tylko raz wystrzelić, to się wściekali ze złości, że taką artylerią my ich pobili, dużo broni i bagażów ich zabrali, największą stratę ponieśli, że nie przyszli na porę do Węgier. Węgrzy tym czasem w Koszycach się przygotowywali, żeby im dać należyty odpór To była najsławniejsza nasza wiktoria naszego partyzanckiego działania, ale gdy i obława nas nie wyszukała, i Niemcy zobaczyli, że tu podchód niebezpieczny, obchodzili aż poza Kraków nas, a tam była, zdaje się, druga partia. Mniejszych potyczek i pułapek nie będę opisywał, bo te wiadome każdemu. (...)

A o sposobie samego zaopatrywania się, zakwaterowania i pobytu w tych stronach - tak pisze:

(...) Otóż nasz oddział karpacki karmił się i odziewał, uzbrajał i miał amunicję od szlachty tejże górskiej sanockiej i dla tych zapasów i dla ogrzania się, i nakarmienia kolejno schodziliśmy z gór i rozchodzili po dworkach szlacheckich sotniami. Kolejką tą poznałem tę poczciwa szlachtę sanocką, z ich charakterem, zwyczajami, obyczajami taką, jak to nam opisał Kaczkowski w "Mężu szalonym". Gdy nasza sotnia zeszła na dniówkę, szlachta nas rozbierała, karmiła i do serca swego ciepłego tuliła. (...).

Po bitwie pod Komańczą przemarsze wojsk austriackich na Węgry ustały zupełnie. Dowództwo we Lwowie doszło do wniosku, iż nie ma sensu kierować tędy transportów wojskowych. Od tej pory kierowani kolumny przez Kraków i Cieszyn, co oczywiście utrudniało i wydłużało drogę i czas, potrzebny na dostarczenie zaopatrze­nia dla walczących w rejonie Koszyc wojsk austriackich, W ten sposób Węgrzy zyskali na czasie.

O ile jednak bieszczadzka bitwa miała znaczenie dla Węgrów, to nie zahamowała likwidacji oddziałów polskich. Część partyzantów udała się na Węgry do Legionów, a później do Turcji. Reszta zakopała karabiny i rozeszła się do domów, czekając sposobniejszej chwili, żeby znowu chwycić za broń. Niestety, już wkrótce sytuacja odmieniła się radykalnie. 8 maja 1849 roku car Mikołaj I wydał manifest, zapowiadający interwencję zbrojną na Węgrzech. W ślad za tym do Galicji wkroczyła 130-tysieczna armia carska, dowodzona przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza. Oddziały rosyjskie bez przeszkód przechodziły też przez przełęcze karpackie.

W sierpniu 1849 roku wojna była skończona. Wojska węgierskie kapitulowały pod Vilagos. Tak oto zgasła ostatnia iskra nadziei na odzyskanie niepodległości dla Polski.

Edward Orłowski, maj 1998.

źródła:
Adolf Bajgier - "Bitwa pod Komańczą" - z serii: Z tajemnic stuleci. Wydawnictwo "Żołnierza Polskiego", Warszawa 1991,
Gdy pod Komańczą walczyli powstańcy" [w:] Podkarpacie nr 51-52(989-990), Krosno 1989.
Seweryn Łusakowski - "Pamiętnik". PIW Warszawa 1953.

 
Polecamy:  Noclegi Bieszczady
 
Materiały prezentowane na stronach serwisu (teksty, zdjęcia) chronione są prawem autorskim. Wykorzystanie wymaga zgody redakcji.
 © OKiWM 2006 www.komancza.info
 współpraca: Twoje Bieszczady