Szukaj


Mogiła - niemy świadek zbrodni (przekaz ludowy)

Mogiła (foto: P. Szechyński)
Ma Komańcza swoje legendy, swoje zaczarowane i okryte tajemnicą miejsca. Takim miejscem jest górujące nad wsią wzniesienie Mogiła* 609m n.p.m.(łem. Mohyła). Opowiadają, że dawno, dawno temu w obronnym dworzyszczu w Komańczy żył kniaź wraz z żoną i dwoma córkami.

Pochodził z pewnością ze starego rodu kniaziów wołoskich, gospodarujących przez długie lata w królewskiej wsi Komańcza jeszcze od początku XVI wieku, a którego protoplastami byli Jarosław Iwankowicz i Iwanko Lenkawa. Był człowiekiem majętnym, jego sołectwo obejmowało kilka łanów ziemi uprawnej i na wygon bydła, las, młyn, stępy, folusz, karczmę, sadzawki rybne, barcie.

Jako osoba urzędowa był zobowiązany także do pobierania wszelakich opłat, danin, czynszów i kar pieniężnych, od których to pewną część zachowywał dla siebie. Mieszkała z nimi pospołu również matka kniazia, a świekra jego żony. Konflikty i napięcia pomiędzy kobietami są - jak okazuje się - tak stare, jak stara jest instytucja małżeństwa. Nie działo się dobrze na dworze kniazia. Świekra wciąż wypominała synowej jej niskie pochodzenie, a wnuczki traktowała wręcz jak przybłędy lub znajdy.

Kniaź, człowiek surowy, gwałtowny i dumny nierad słuchał się matki. Z latami jednak konflikt rósł i rósł, aż przerodził się w otwartą nienawiść. Piękna, choć uboga żona nie znajdowała zrozumienia w oczach męża. Łzy stały się jej chlebem powszednim; dzień - katorgą, a noc - koszmarem. Lata mijały, aż stało się coś najgorszego. Dla postronnego świadka mogło się wydawać, że stosunki między świekrą a synową na pewien czas uległy poprawie. Była to jednak tylko gra. W niedzielne popołudnie wszyscy zasiedli do stołu. Stół był suto zastawiony, jak na kniazia i dzień świąteczny przystało. Po posiłku dziewczynki poczuły się źle. Udały się do swojej komnaty. Również i żona kniazia nie czuła się najlepiej; przepraszając biesiadników, wstała od stołu i poszła do swojej sypialni. Nie było w tym nic dziwnego.

Obiad był suty, tłusty, a przy tym i ciężkostrawny. Nikogo nie zdziwiło więc ich odejście od stołu. Mijały godziny. Zbliżał się wieczór. Kniaź zaglądnął do sypialni. Żona leżała w łóżku, jakby spała. Gdy nadszedł czas kolacji, przy stole zasiadł pan domu, jego matka, dworzanie. Nie pojawiła się tylko pani domu. Nie pojawiły się również córki. Kniaź ceniący sobie porząde i punktualność, nie znoszący sprzeciwu, ani babskich fochów, ruszył gniewnie w stronę sypialni. Gdy chwycił białe ramię żony - krew odpłynęła mu z przerażenia! Ciało było zimne jak lód. Tknięty złym przeczuciem pobiegł do komnaty córek.
- Hospody! - wyrwało mu się z drżących ust. - "Nie żyją! Nie żyją!" - przemknęło mu przez myśl.

Wrócił do żony, jakby chciał upewnić się o niedorzeczności swego odkrycia. On kniaź, człowiek twardy, nie raz z obowiązku stawiający się konno na wojenne wyprawy za Karpaty, gdzie w krwawych potyczkach i bitwach wojennego rzemiosła, obyty był ze śmiercią, upadł na kolana i płakał jak dziecko. Trwał tak całe godziny. Późną nocą weszła do sypialni matka.
- Głupcze, nie płacz! Na co czekasz! Bierz ciała i zakop je! - wrzasnęła.
Wziął kniaź zaufanego dworaka i pod osłoną nocy zaniósł ciała na wzgórze za gościńcem. I odtąd pagórek stał się dla kniazia cmentarzem, stał się mogiłą.

Tajemnicy nie udało się długo utrzymać w murach grodziska. Na wiadomość o uknutym podstępnie przez matkę zbiorowym otruciu, wśród kmieci dało się wyczuwać nastrój gniewu i oczekiwania od kniazia, jako osoby z urzędu przewodzącej ławie sądowniczej, sprawiedliwego wyroku i surowej kary. Jednakże, kniaź wyraźnie "podcięty" nieszczęściem, nie był nawet zdolny do przekazania sprawy w ręce krajnika ze Szczawnego, jako wyższej władzy sądowniczej, tylko wygnał matkę z dworu. Ludzie często widywali go na pagórku. Nic i nikt nie utulił żalu kniazia. Nie dochowawszy się syna, był ostatnim w tej linii rodu. Popadł w ruinę stary, opuszczony dwór. W późniejszych czasach Komańczą władali już kniaziowie z drugiej gałęzi rodu, którzy zaczęli pisać się Kumanieccy z Kulczyc, a za zasługi wojenne zostali nobilitowani i przyjęci do herbu Leliwa. Oni też w XVIII wieku wznieśli na nowo w tym miejscu murowany dwór, który przetrwał do 1945 roku.

Po wojnie w miejscu dworu i okalającego go parku wybudowano kompleks budynków szkoły. Dziś pozostała tylko góra Mogiła o karkołomnych stromych zboczach, niemy świadek tragicznej zbrodni, rzucająca ponury cień w kierunku, gdzie niegdyś stało dworzyszcze kniazia.

* - według badań etymologicznych słowo Mogiła (łem. Mohyła) jest dawną słowiańską postacią wyrazu wzgórze, pagórek, a dopiero później jego znaczenie przeszło na kurhan, a następnie pojęciem tym określano także usypywany kopiec grobu. Oprócz Komańczy w dalszej okolicy do dziś przechowały się Mogiły, jako nazwy gór lub określonych ich części: północny stok Wysokiego Gronia (905 m) w Woli Michowej, góra Mogiłki (1070 m) w Moczarnem, polana od północnego stoku szczytu Magury Stuposiańskiej (1016 m), czy choćby góra Mogiła (606 m) po zachodniej stronie Rymanowa Zdroju. Nazwę tę zapożyczyli Wołosi zniekształcając jako magurę, a Grecy jako magulę. Dlatego też często spotykana nazwa magura występuje na całym obszarze kolonizacji wołoskiej w Karpatach i potocznie oznacza odosobnione wzgórze, pagórek o zaokrąglonym kształcie, przeważnie z lasem usytuowanym na wzniesieniu.

tekst: Edward Orłowski

 
Materiały prezentowane na stronach serwisu (teksty, zdjęcia) chronione są prawem autorskim. Wykorzystanie wymaga zgody redakcji.
 © OKiWM 2006 www.komancza.info
 współpraca: Twoje Bieszczady
hosting i wdrożenie CMS webfabryka.pl © 2006