Szukaj


Danowa- Danusina Góra (przekaz ludowy)
Potok
Mostek prowadzący do kapliczki (foto: P. Szechyński)
Historia ta miała miejsce w górach karpackich na pograniczu Beskidu Niskiego, na południe od miasteczka Sanoka w drugiej połowie XIX w. Był to czas niewoli po rozbiorach Rzeczpospolitej i panowania monarchii austriackiej na naszych ziemiach, dla których zaborca ustanowił prowincję zwaną Królestwem Galicji i Lodomerii.

U miejscowego proboszcza Danyjiła1 we wsi Komańcza wyrastało dwóch synów - Piotruś i Grześ oraz córeczka, na którą wszyscy wołali Dana, Danusia. Dzieci te były pracowite, grzeczne i tym sprawiały rodzicom wielką radość. Nadeszła pora, by chłopców posłać do prawdziwej szkoły. I chociaż ojciec i matka nauczyli ich pisania i czytania, to tej nauki było bezsprzecznie za mało. A wtedy w karpackich wsiach tego regionu, szkoły kształcące wszechstronnie na dobrym poziomie, jeszcze nie istniały.

- Trzeba chłopców odwieźć do Sanoka - jakoś wspomniał ks. Danyjił swej małżonce.
- Ano trzeba by było - z niechęcią przytaknęła imość2, ale w rozmowie z tonu jej głosu można było wywnioskować, że przeżywała wewnętrzną walkę.
"Nauka nie zaszkodziłaby, ale oddawać z domu ukochanych chłopców żal" - pomyślała.

Kapliczka
Kapliczka i krzyż przydrożny (foto: P. Szechyński)
Mimo wszystko pewnego dnia proboszcz przygotował wóz, posadził na nim synów i powiózł do miasta. Dzięki znajomemu sanockiemu greckokatolickiemu dziekanowi ks. Antoniemu Laureckiemu, zasiadającemu w okręgowej radzie szkół na powiat sanocki, załatwił chłopcom mieszkanie i szkołę. Była to mieszcząca się w sanockim Rynku 4-klasowa Szkoła Główna dla chłopców, w której nauka trwała 6 lat. Synowie uczyli się nienagannie. Ojciec prawie każdego miesiąca odwiedzał chłopców, przywoził im coś z domowych produktów i spiżarnianych przetworów oraz trochę pieniędzy, bo i sam nie miał ich zbyt wiele.

Podrosła i Danusia. Jej domową nauczycielką była matka. Nauczyła ona swą córkę nie tylko modlitwy i gramoty, ale także przepięknych łemkowskich pieśni, zamiłowania do rodzimych tradycji.
- Nasza Dana jest bardzo zdolna. Ją także trzeba by posłać do szkoły w Sanoku - poradziła imość Danyjiowi. On bez wahania zgodził się z pomysłem swej małżonki i pod koniec lata posłał córkę do miasta. Tam została przyjęta do trywialnej Szkoły Panieńskiej.

Po roku nauki dzieci przyjechały do Komańczy na wakacje. Wszyscy troje miały się czym pochwalić. Oceny na świadectwach za naukę i zachowanie otrzymali najwyższe. Radości rodziców i przyjaciół nie było końca.

Minęło kilka lat i chłopców oddano na naukę do uniwersytetu w Krakowie. Danusia została w Sanoku i tam kończyła miejscową szkołę dla dziewcząt. Rodzice wyczekiwali swoich dzieci na kolejne wakacje z wyjątkową niecierpliwością. Coś niedobrego odczuwali na duszy. "Żeby tylko jakie licho nie spotkało nasze dzieci" - myśleli oboje. Ale jak mówią ludzie - "licho nie śpi". Przyplątało się ono i do rodziny księdza. Nieszczęście spadło na córkę. Wróciwszy do domu, wykąpała się w rzece i po kilku dniach zachorowała. Na początku całe ciało pokryła drobna wysypka, ale z czasem zmieniła się w czyraki i bolące strupy.

Po wakacjach nie mogła już wrócić do szkoły. Cały rok ojciec woził ją do różnych lekarzy, ale wszelkie starania były nadaremne. Nieznośny ból i swędzenie zadręczały dziewczynę, tylko płakała i modliła się do Wszechmogącego. Często w chwilach zwątpienia prosiła siły Niebiańskie, aby posłały jej śmierć. Ale po głębokiej refleksji przychodziło jej wtedy na myśl, że postępuje źle.
"Oj Boże, o co ja Ciebie proszę. To grzech ... Taka Twoja wola ...". Ale choroba nie ustępowała.
- Utopię się, albo powieszę - powiedziała pewnego razu matce. Matka gorzko zapłakała.
- Droga córeczko, wytrzymaj jeszcze. Nie oddawaj swą niewinną duszę siłom nieczystym... - próbowała pocieszyć matka.
Cierpiała więc nadal. Na samą Wielkanoc, gdy rodzice byli w cerkwi, postanowiła wybrać się do lasu. "Może mnie żmija ugryzie i umrę, albo wilki rozerwą i nie będę miała grzechu ..."
Tak błąkała się po gęstym lesie przez wiele dni i nocy, które minęły od Wielkanocy. Nocowała, sypiając na suchej jedlinie, albo na mchu. Głodowała, jedząc tylko poziomki, niedojrzałe czereśnie, owoce czeremchy, opadłe jesienią i przelegujące w ściółce leśnej orzechy laskowe i bukiew, wiosenne pędy sosny, szczawie, mlecze, łobodę, zioła, grzyby smardze, jaja ptaków. Nie spotkała ani wilków, ani żmij. Choroba męczyła ją dalej.

Aż nastał piękny dzień, świeciło jasne słonko, grzejąc ziemię, ćwierkały skowronki, wiaterek kołysał wysokie jodły, które coś po cichu szumiały. Danusia jakby na moment zapomniała o śmierci. W jej duszy znowu zapałała chęć życia. Zachciało jej się jeść. Nazbierała "zajęczej kapusty"3, pojadła i popiła wodą z pobliskiego potoku. Nadchodził już ciepły wieczór, zmęczona dziewczyna modląc się, zwróciła oczy ku niebu:
- Panie i Ty Matko Boża, poślijcie na mnie śmieć...

Nie mogła przypomnieć sobie, czy odbyło się to we śnie czy w zamyśleniu na jawie: ale zapamiętała chwilę, kiedy to podeszła do niej, niby sfruwając z nieba, przepiękna pani, od której promieniowało nieziemskim światłem i raziło blaskiem aureoli, a od podmuchów wiatru cicho szeleściły fałdy jej błękitnej sukni. Pani uśmiechnęła się do Danusi.
- Idź dziecko do źródełka, które znajduje się pod tym zielonym krzewem - i pokazała ręką. - Obmyj całe ciało źródlaną wodą...

Danusia ocknęła się i otworzyła szeroko oczy, piękna pani rozpłynęła się w porannej mgle...
" Boże, to chyba był tylko sen..." - i zapłakała.
Szybko wstała i podbiegła do pobliskiego krzewu, który pokazał jej piękny nocny gość. W tym miejscu, gdzie do potoku Barbury wpływały inne dwa strumyki, na jego prawym brzegu rzeczywiście biło z ziemi źródełko słonawej wody z dziwnym, ledwo wyczuwalnym zapachem jodu, siarki. Choć woda była zimna, dziewczyna rozebrała się i zaczęła obmywać twarz i całe ciało.

Moczyła ręce w tą wodę,
Zaczęła się obmywać.
Z ciała strup zaczął odpadać.
Długo myła się dziewczyna,
W wodzie się chlapała,
Póki jej całe ciało
Całkiem czystym stało...
Nałożyła sukienkę,
Uklękła i się pomodliła.
Dzięki Tobie, Matko Boża,
Żeś cudo uczyniła..

Niby na skrzydłach płynęła radośnie Danusia w kierunku rodzinnej Komańczy. Z oddali zobaczyła cerkiew na pagórku i gromadkę ludzi na placu.

"Chyba dziś niedziela, a ja nie uczesana, w obdartej o leśną gęstwinę sukience..."
W pobliżu cerkwi spotkała przerażoną do granic i zdziwioną gromadkę swoich rodaków.
- Ta to przecież księdzowa Danusia! - zawołali - Dziecino, a skąd ty się tu wzięłaś? Czy nie z tamtego świata? Wszyscy szukaliśmy cię długo, przez dziewięć tygodni i już straciliśmy nadzieję, że kiedykolwiek się odnajdziesz. A w dzisiejszy czwartek ksiądz Danyjił wyznaczył Służbę Bożą4 za ciebie...
- Ależ ja z tego świata. Popatrzcie, wyzdrowiałam. To Matka Boża mnie uratowała ... i po chwili bez ładu, urywkami - opowiedziała Danusia o swoich przygodach, cudownym uzdrowieniu. W tym czasie zjawił się ks. Danyjił, wyraźnie przygnębiony, pochylony i postarzały za tych parę ostatnich tygodni. Spojrzał w stronę Danusi.
- Święty, święty, Panie... - i upadł bezsilny na ręce parobków, którzy stali obok. Potem rzucił się do córki.
- Czy to naprawdę ty, dziecko moje!
- To ja, tateczku...
Obejmując córkę ks. Danyjił od niespodziewanego szczęścia zapłakał jak dziecko. Przybiegła zapłakana matka. Długo szlochali ks. Danyjił i imość, Danusia i mieszkańcy wsi. Kiedy wreszcie Danusia doszła do siebie, opowiedziała o wszystkim od początku, o swych przygodach, o niespotykanej zjawie, czy proroczym śnie...

Wieść o chorobie dziewczyny i cudzie wyleczenia przekazywana wśród ludu szybko rozchodziła się po okolicy. Do źródełka zaczęły przychodzić gromady ludzi dotkniętych przez różne choroby i dolegliwości. Tu w modlitwie kierowali swe prośby do Matki Bożej i obmywali się leczniczą wodą tryskającą z głębi ziemi. Opowiadano, że w późniejszym okresie dalej miały tu miejsce uzdrowienia chorych, wybłagane żarliwą modlitwą u Bogurodzicy.

Z czasem ks. Danyjił wspólnie z mieszkańcami wsi wybudował obok cudownego źródełka kapliczkę dziękczynną z ikoną Dziewicy Maryi. Od czasu pierwszego cudu, rozległy i zalesiony masyw granicznej góry nad Dołżycą, hen daleko za lasem Barbura, skąd wypływają wody górskiego potoku, kierując swój nurt do miejsca cudownego źródełka, tam gdzie niegdyś błądziła Dana, mieszkańcy wsi Radoszyce nazywali Danową (Danusiną górą). Choć byli też i tacy, co powiadali, że w owym czasie widywano też prawie "obłąkaną", wałęsającą się dziewczynę w okolicach Daniwskiego Wierchu nad Dołżycą i dlatego z nią kojarzono łemkowską nazwę tej góry.

Z wdzięczności za cudowne uleczenie Dana postanowiła zrezygnować z dóbr ziemskich i wstąpić do monasteru5. Rodzice nie protestowali, chociaż w głębi duszy nie pragnęli takiego wyboru córki. Pewnego razu, kiedy Dana przygotowywała się do wyjazdu i pożegnania z rodzicami, we śnie ponownie przyszła do niej pani w błękitnej sukni.
- Ty nie idź dziecko do klasztoru. Bóg nie oczekuje twego poświęcenia. Jesteś młoda i piękna, dlatego wyjdź za mąż i załóż nową, piękną rodzinę...
I pani znowu rozpłynęła się w powietrzu. Dana posłuchała głosu niebiańskiego gościa. Wkrótce została szczęśliwą żoną i matką. Wychowała trzy córki i dwóch synów...

Edward Orłowski
Opracowano na podstawie materiałów Marii Stachiw.


1 - Danyjił - w języku polskim odpowiada męskiemu imieniu Daniel,
2 - Imość - tytuł grzecznościowy żony księdza w obrządku wschodnim,
3 - Zajęcza kapusta - ludowa nazwa rośliny runa leśnego o botanicznej nazwie szczawik zajęczy (Oxalis acetosella),
4 - Służba Boża - Msza Święta,
5 - Monaster (monastyr) - klasztor w Kościele obrządku wschodniego.

 
Materiały prezentowane na stronach serwisu (teksty, zdjęcia) chronione są prawem autorskim. Wykorzystanie wymaga zgody redakcji.
 © OKiWM 2006 www.komancza.info
 współpraca: Twoje Bieszczady
hosting i wdrożenie CMS webfabryka.pl © 2006